Está en la página 1de 30

Jedną z najstarszych tęsknot ludzkości jest marzenie o powszechnej

równości i sprawiedliwości.

Na początku, wśród rajskich rozkoszy nie tak było. Ta wszystkie owoce


były wspólne. Odkąd jednak zapanowała nienawiść i podstępna
władza Węża, który zwodzi ułudami rozkoszy i podburza mocnych
przeciwko słabym, zniknęła równość ustroju, rozpadła się na różne
nazwy i żądza posiadania zwyciężyła szlachetność natury. I tak na
miejsce początkowej wolności natury i początkowej równości z prawa
Stwórcy przyszło prawo silniejszego – nauczał Klemens z Aleksandrii u
początków ery chrześcijańskiej. Przecież to właśnie chrześcijaństwo,
którego trzecie tysiąclecie rozpoczyna się wśród głębokich różnic i
podziałów między ludźmi, było wielkim buntem uciemiężonego
człowieka przeciw narzuconej mu nierówności. Natura i wola Stwórcy
nadała wspólne uprawnienia wszystkim, dopiero późniejsza uzurpacja
jednostek wytworzyła prawo prywatne, obudziła żądzę zysku, a z nią
podział mienia. Nie ze swej własności obdarowujesz ubogich, ale
oddajesz im ich własność. Pismo Święte pełne jest opisów
wspólnotowego (komunistycznego właśnie od łacińskiego communio –
wspólnota) sposobu życia Jezusa i Jego uczniów. Można tam znaleźć
mnóstwo przykładów owego szlachetnego rozdawnictwa dóbr,
wyrzeczenia się odziedziczonego bogactwa, przestróg przed
chciwością i wywyższaniem nad innych, bo wszak:Łatwiej jest
wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do
królestwa niebieskiego (Mt 19, 24). Stąd właśnie czerpali natchnienie
ci wszyscy, którzy potem – w ciągu dwóch mrocznych tysiącleci –
usiłowali „świat równać", perswazją lub siłą zaprowadzając na nowo
„prawo Boże" lub „naturalne". Obojętnie, kim byli, buntownikami z
radykalnych sekt chrześcijańskich pustoszącymi latyfundia feudałów
podczas kolejnej z chłopskich wojen, jakie przewalały się przez dawną
Europę od Atlantyku po Ural, szlachetnymi zbójnikami z rodu Robin
Hooda albo polsko-słowackiego Janosika, natchnionymi pionierami,
usiłującymi za oceanem albo na pustkowiach zakładać swoje zbiorowe
komuny niczym pierwsze przylądki sprawiedliwego ładu, czy nawet
opętanymi dyktatorami, działającymi jakoby w imię uciskanego ludu,
jak przywódca plebejskiej rewolucji we Florencji pod koniec XV wieku,
dominikański mnich Girolamo Savonarola – zawsze przyświecał im mit
pradawnej, świętej równości. Tak właśnie zakorzenione jest stare
socjalistyczne rojenie, że szczęście lub cierpienie rodzaju ludzkiego
uzależnione są tylko od zewnętrznego ładu społecznego życia:
wystarczy więc ten ład zmienić, inaczej i na nowo zorganizować
społeczeństwo, aby wrócić do tego, co było na początku i odtąd znów
będzie na wieki wieków, amen. Wystarczy przekonać albo wytępić
bogaczy i niesprawiedliwych władców, aby wszyscy stali się znów
równi i szczęśliwi. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i
wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobro i rozdzielali je
każdemu według potrzeby – czytamy w Dziejach Apostolskich (2, 44-
45). A stąd już blisko do socjalistycznej zasady „każdemu wedle
potrzeb", tak jak od zbuntowanych niewolników starożytności
mających się za wykonawców „boskiego sądu" nad bogatymi, wcale
nie jest daleko do zbuntowanych robotników i marynarzy
piotrogrodzkich.

Kto tego nie chce przyjąć do wiadomości i wnikliwie przemyśleć, nie


zrozumie nic z XX-wiecznego komunizmu. To prawda, że zrealizowany
w ZSRR i państwach satelickich okazał się straszliwą pomyłką naszych
czasów, że doprowadził do zniewolenia narodów, stagnacji gospodarki,
że przelał tyle daremnej krwi, ale nie jest bynajmniej ten komunizm
samą tylko pomyłką mas, szalbierstwem dyktatorów, podstępem
szatana – zarazą, którą trzeba albo wypalić ogniem i żelazem, albo
uśmierzyć nawracającą zbłąkane owieczki miłością. Komunizm – mimo
swych błądzeń i potworności – tylko dlatego mógł przetrwać tak długo
i przyciągnąć jak magnes tyle serc i umysłów, że odpowiada na
odwieczną, gorącą i tylekroć sponiewieraną tęsknotę prostych ludzi do
powszechnej równości, poważnie traktuje ich rojenia o sprawiedliwym
ładzie, że odpowiada (a przynajmniej udaje, że odpowiada) na pytania,
do których nigdy dotąd rzetelnie nie odniosły się poprzednie formacje
ustrojowe łącznie z zachodnią demokracją. Nie chcieli tego zrozumieć
ci, którzy wkrótce po rewolucji październikowej przewidywali rychły
upadek bolszewików ani ci, którzy mieli nadzieję na wykrwawienie się
sowieckiej Rosji w walce z Hitlerem, ani ci, którzy już tyle razy
ogłaszali kres komunistycznej ideologii (a zwykle i ideologii
jakiejkolwiek) we współczesnym świecie. Sprawa komunizmu, jego
trwania, przemian, ekspansji i upadku, jest znacznie bardziej
skomplikowana od gry sił na Kremlu, od statystyk produkcji czołgów i
rakiet w kierowanych przez Kreml fabrykach, a wreszcie od rozpadu
nieudolnej Gorbaczowowskiej pierestrojki pod presją silnej i sprawnej
Ameryki prezydenta Reagana.

W drugiej połowie lat dwudziestych José Ortega y Gasset, wielki


hiszpański filozof, bez wątpienia konserwatysta daleki od komunizmu,
w Buncie mas pisał:Trzeba zupełnie nie znać duszy Europejczyka, by
łudzić się, iż w sytuacji, kiedy nie widzi wokół siebie żadnej idei, pod
której sztandary mógłby się schronić, nie porwie go to wezwanie do
nowych, wspaniałych czynów. Łatwo sobie wyobrazić, że Europejczyk
po to, by móc służyć czemuś, co nada życiu sens, i by uciec przed
własną pustką egzystencjalną, przełknie zastrzeżenia wobec
komunizmu, porwany nie tyle przez jego treści, co przez siłę
moralnego gestu. Najprzenikliwiej ujmuje to chyba – w tym samym
mniej więcej czasie – rosyjski konserwatywny filozof chrześcijański
Nikołaj Bierdiajew, powiadając, że komunizm jest przypomnieniem o
niespełnionym chrześcijańskim obowiązku.

Ale z drugiej strony:

Już dawno Panie duch mój gotów


i przyszłość czeka uśmiechnięta
w rytmicznym chrzęście kulomiotów idą
czerwone moje święta

pisał w oczekiwaniu na wszechświatową rewolucję polski poeta


żydowskiego pochodzenia Bruno Jasieński. Niewielu lat było trzeba, by
mistyczna wiara w nadchodzące czerwone święta zaprowadziła go do
sowieckiego raju, gdzie – zgodnie z regułami stalinowskiego
postępowania z „kosmopolitami" – czekał go wyrok w sfingowanym
procesie i śmierć w łagrze. Zbyt silna jest ta ludzka wiara w istnienie,
pomimo wszystko, kluczy do bram Złotego Wieku, by krew, łzy i
zniszczenie mogły powstrzymać – uskrzydlającą jeszcze gnostyków w
pierwszych wiekach chrześcijaństwa – nadzieję na zaprowadzenie
Królestwa Bożego na tym padole. Jeśli nie w trąbach archaniołów, to w
rytmicznym chrzęście kulomiotów usłyszy kroki zbliżającego się
Mesjasza.

Nasze dusze są niespokojne, Panie... – skarżył się przed wiekami św.


Augustyn, doświadczający tych samych tęsknot.

Czekać więc na zrządzenie Boże, czy samemu odważyć się na ten


wielki i ostateczny – jak to potem nazwał Marks – skok z królestwa
konieczności do królestwa wolności! A jeśli tak, to jaka jednostka lub
grupa ma dość siły i wiedzy, aby przez nią zapewnić ludziom Równość
i Sprawiedliwość po wsze czasy? I czy wolno jej w tym
uszczęśliwiającym wszystkie narody dziele łamać bezrozumny opór
tych, którzy wzbraniają się przed wiarą w jedynie słuszną przyszłość
uśmiechniętą! Przecież Zbawiciel też karze grzesznych, a zapewni
nagrodę swym prawowiernym wyznawcom. Przecież to dla ich dobra,
nawet jeśli nadejście tego ziemskiego zbawienia – obojętnie, czy pod
czerwonym, czy jakimkolwiek innym sztandarem ideologicznej wiary –
obwieszczać będzie rytmiczny chrzęst kulomiotów i płacz
zrozpaczonych matek.

Pierwszą receptę na upowszechnienie przyszłości uśmiechniętej dał


wielki Platon. W swym znanym, należącym do podstawowego kanonu
antycznej filozofii dziele Państwo opisuje dość dokładnie organizację
takiego idealnego państwa-miasta, w którym władzę mieliby
sprawować filozofowie, a więc elita intelektu, wiedząca najlepiej – z
racji swego wykształcenia i przygotowania – jak zorganizować życie
społeczne i jak nim kierować, aby uszczęśliwić ogół mniej oświeconych
obywateli. Dotąd ludzie wierzyli w zstąpienie Bożego zesłańca albo w
dobrego króla troszczącego się o poddanych. Tu po raz pierwszy
wskazano na pewną warstwę społeczną, która „wie lepiej", która ma
być nosicielem uszczęśliwiającej prawdy, nie nadającej się przez to do
weryfikacji ani powszechnej kontroli, bo reszcie społeczeństwa
pozostaje tylko poddanie się dokonywanym dla ich dobra zabiegom –
tak jak pacjent poddaje się lekarzowi.

Zuchwałej odpowiedzi Platona:wiem! towarzyszy jednak skromne


powiedzenie nieco starszego Sokratesa:wiem, że nic nie wiem. Wynika
stąd zupełnie inne spojrzenie na świat i formę rządu, bo jeśli nie
istnieje człowiek lub grupa mająca patent na słuszność, monopol na
określenie form społecznego bytowania oraz na interpretację procesu
dziejowego, to znaczy, że prawda musi się wykuwać w dyskusji i
sporze, że droga ku niej jest nieprosta, że może się okazać, iż w danej
chwili nikt nie ma racji, a dla praktycznych działań trzeba będzie
zawrzeć kompromis między sprzecznymi stanowiskami stron. Jeśli od
Platona wywodzą się ci, którzy „wiedzą, jak", a nawet gotowi są w imię
tej wyższej wiedzy zniewolić inaczej myślących, to od Sokratesa
wywodzą się ci, którzy wątpią i otwarcie gotowi są przyznać, że[1> nie
mają jedynie słusznej recepty na ład społeczny<1]. Ale też, jak
Sokrates, który poniósł śmierć w obronie swego prawa do wątpliwości,
gotowi są powiedzieć „nie!" uzurpatorom przekonanym o swej jedynej
i wyłącznej słuszności.

Takie są właśnie korzenie wielkiego sporu ciągnącego się przez wieki i


do dziś – mimo upadku ZSRR – dzielącego ludzkość starcia między
despocją a demokracją, między „wyższym porządkiem" a wolnością,
między tymi, którzy „wiedzą lepiej" a tymi, którzy dopuszczają
omylność; sporu między koncepcją uszczęśliwiania ludzi nawet wbrew
ich woli a przekonaniem, że ludziom samym trzeba pozostawić
decyzję o ich losie, nawet gdyby postępowali niezbyt słusznie. Potem
oczywiście rozmaite grupy i siły samym sobie skłonne były
przypisywać owo prawo do kategorycznego wiem, rozmaitymi
motywując to nadaniami: od woli Boskiej, przez rację pochodzenia, aż
po „wyższość klasową" bądź nawet rasową. Od teokracji, w której mieli
rządzić kapłani takiej lub innej religii, kierując się nadprzyrodzonym
objawieniem, przez państwa arystokratyczne, kastowe, aż do
marksistowskiego przekonania o szczególnej misji dziejowej
proletariatu. Zawsze jednak, w każdym takim systemie, grupom nie
będącym nosicielami tej wyjątkowej misji pozostawało tylko
dobrowolne lub wymuszone podporządkowanie „przodującej sile" –
niezależnie od tego, czy była to panująca rodzina, czy
predestynowana do wyłącznego rządzenia partia.

Demokracja ma do przeciwstawienia tej mesjańskiej wizji politycznej


tylko przekonanie o tym, iż nikt nie jest nosicielem prawdy, że świat
zawsze będzie skonstruowany cokolwiek wadliwie i na tym dalekim od
przyszłości uśmiechniętej padole jedynym sensownym sposobem
rozstrzygania ważnych spraw jest swobodnie wyrażona wola
większości przy ochronie praw tych, którzy akurat chwilowo stanowią
mniejszość. Nie ma w tym ani mesjaństwa, tak pociągającego dla
wielu serc i umysłów, ani ideologicznego czadu, ani żadnej ambitnej
nadziei na ziszczenie się utopii raz na zawsze sprawiedliwego i
uszczęśliwiającego porządku.

Wiek XIX w Europie (zwłaszcza w Europie Zachodniej) to okres walki


społeczeństw o demokrację, czas zarówno wielkich reform, jak i –
zapoczątkowanych jeszcze w poprzednim stuleciu – rewolucyjnych
zrywów przeciw feudalnemu despotyzmowi. Ale zarówno w XIX-
wiecznych demokracjach, takich jak Anglia, Stany Zjednoczone czy
później Francja, jak i zwłaszcza w XIX-wiecznych despocjach, takich jak
Rosja czy częściowo Prusy, szerokie masy ludowe wciąż pozbawione
były wielu podstawowych praw ludzkich, jakie dziś uważamy za
oczywiste, a nawet nie były w stanie wykorzystywać tych praw, które
im w owych ustrojach formalnie przyznano. Rozwój przemysłu
oznaczał też jednoczesny wzrost liczby rekrutującego się ze wsi i
zaludniającego uboższe dzielnice miast proletariatu; na jego zrazu
niczym nieograniczonym wyzysku wyrosły zarówno fortuny
kapitalistów, jak i potęga ówczesnych państw przemysłowych.
Marksowska idea wyzwolenia proletariatu przez odebranie
kapitalistom zagarnianej przez nich wartości dodatkowej trafiła więc
na podatny grunt: któż inny jeśli nie sam robotnik jest bardziej
uprawniony do decydowania o przeznaczeniu wyprodukowanych przez
siebie dóbr? Znów, jeśli chcemy cokolwiek zrozumieć z komunizmu
współczesnego, musimy sobie jasno uświadomić, że XIX-wieczny ruch
socjalistyczny nie wziął się z podszeptu szatana, lecz z zupełnie
konkretnej i obrażającej ludzkie prawa niesprawiedliwości społecznej,
istniejącej zarówno w ustrojach mających się za demokracje, jak i w
ówczesnych despocjach. Garść możnych i bogaczy założyła jarzmo
prawie niewolnicze niezmiernej liczbie proletariuszy – czytamy w
jednym z ówczesnych tekstów, ale nie jest to bynajmniej Manifest
komunistyczny Marksa, lecz encyklika Rerum novarum papieża Leona
XIII. Niestety, ta pierwsza – i dość nieśmiała we wnioskach – oficjalna
reakcja Kościoła na wyzysk nastąpiła dopiero w okresie największej
potęgi ruchu socjalistycznego, w czterdzieści trzy lata po owym
Manifeście, dwadzieścia lat po zbrojnym zrywie Komuny Paryskiej, dwa
lata po powstaniu Drugiej Międzynarodówki, gdy światem wstrząsały
pierwszomajowe demonstracje, odbywane pod czerwonym
sztandarem dla upamiętnienia strzałów do strajkujących robotników w
Chicago. Przez długie dziesięciolecia myśl socjalistyczna, także w jej
radykalnie rewolucyjnej marksistowskiej wersji, była jedyną
odpowiedzią na dramatyczne dylematy wyzyskiwanych.

Rychło się jednak okazało – i doprowadziło to właśnie do rozłamu w


owej Drugiej Międzynarodówce – iż sami proletariusze, w miarę jak ich
walka zaczęła przynosić owoce, w miarę, jak uzyskiwali uprawnienia
socjalne, własną reprezentację polityczną i uczyli się korzystania ze
swych praw obywatelskich, są coraz mniej skłonni do mesjańskiej
rewolucji, ale raczej, w zgodzie z rozsądkiem i trzeźwą kalkulacją,
opowiadają się za reformami. Tak nastąpił wielki rozłam ruchu
socjalistycznego – właśnie na przełomie XIX i XX wieku – na
reformistyczną socjaldemokrację i radykalnie rewolucyjny komunizm.
Znamienne, że w państwach uprzemysłowionych, o licznej klasie
robotniczej, zaawansowanych w XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej,
zdecydowanie przeważyła tendencja socjaldemokratyczna. Zwłaszcza
tam – gdzie, jak w Anglii – reformowanie istniejącego systemu jest
czymś oczywistym, dylemat rewolucyjny właściwie nigdy nie stanął
przed tamtejszym ruchem socjalistycznym, który od początku był
reformistyczny, a jeśli marksistowski, [2>to na krótko i
powierzchownie<2]. Tymczasem tam, gdzie władza była despotyczna i
antyreformatorska, przemysł słaby, klasa robotnicza nieliczna, a w
partii dominowała skłonna do mesjańskich rojeń inteligencja – a było
tak przede wszystkim w Rosji – kierunek radykalnie rewolucyjny okazał
się na tyle silny i popularny, by choć na chwilę porwać za sobą masy i
sięgnąć po władzę.

Stąd właśnie teza Lenina – powtórzona zresztą za Engelsem – że


proletariat sam nie jest w stanie dojrzeć do rewolucyjnej świadomości,
że pozbawiony „wiedzącego lepiej" kierownictwa skłonny jest do
ulegania tendencjom ugodowym, że ta pożądana świadomość musi
być dopiero wniesiona przez partyjną awangardę. Stąd też
uzupełniające tę tezę leninowskie twierdzenie o jedności praktyki i
teorii, czyli, mówiąc po ludzku, o konieczności zajmowania się przez
partyjnych przywódców jednocześnie teorią komunizmu i bieżącym
kierowaniem walką polityczną; psychologia przecież dobrze wie, iż
człowiek stara się poglądami uzasadniać swą praktyczną działalność,
tak więc podwójnie uwikłanemu „przywódcy typu leninowskiego"
wyjątkowo trudno będzie zboczyć z raz wybranej drogi i przyznać się
do błędu. Stąd teza, że nie wolno się oglądać na tymczasowe interesy
proletariatu, ale należy się opierać na „naukowej" wiedzy o
całokształcie procesu dziejowego, który przecież musi zmierzać w
kierunku komunistycznej przyszłości, a wszystkie przeszkody i
wstrząsy na tej jedynie słusznej drodze to tylko „przejściowe
trudności", opór niedostatecznie uświadomionych, których trzeba
przekonać lub złamać, albo „podstępna robota przeciwnika".

W ten właśnie sposób – w miarę jak sam proletariat odsuwał się od


komunizmu – zostały przygotowane teoretyczne podstawy
uzasadniające wyższość małej, ale za to mającej elitarną wiedzę o
procesie dziejowym, mechanizmach historii i o tym, co dla mniej
uświadomionego proletariatu dobre – partyjnej awangardy. Tak została
uzasadniona nie tyle dyktatura proletariatu, ile dyktatura nad
proletariatem. Skoro partyjne przywództwo, kadra zawodowych
rewolucjonistów komunistycznych „wie lepiej", co jest słuszne, co
wynika z biegu dziejów i co przybliża ziszczenie komunizmu, to
wówczas nie tylko – jak ci platońscy filozofowie – władni są panować
nad innymi i łamać ich opór, ale także nie zadrży im ręka i nie
zmięknie sumienie, gdy (jak nieraz to w historii „państwa proletariatu"
bywało) rytmiczny chrzęst kulomiotów zabrzmi przeciw proletariatowi,
w imię proletariatu.

Partia nie jest więc w ruchu komunistycznym tylko gwardią


pretoriańską skupioną wokół czerwonego sztandaru, a potem
związkiem zawodowym ludzi władzy, pracowników aparatu
ustanowionego przez ten ruch państwa; nad wszystkimi innymi
znanymi dotąd formami politycznej organizacji ludzi ma tę wyższość,
że w stopniu dającym się porównać tylko z religią oferuje
niezachwianą pewność sumienia i przekonanie o wyższym sensie
podejmowanych działań. Tak została otwarta droga do zniewolenia
umysłu przez wiarę (choć bez nadprzyrodzonej sankcji na tamtym
świecie), do dyktatury garstki partyjnych doktrynerów, którym, w imię
realizacji ich mesjańskiej wizji, wolno było się posługiwać dowolnie
demagogiczną polityką, dowolnym oszustwem, wiarołomstwem,
wybiegiem i zbrodnią, byle tylko przybliżało to zarysowany przez tę
doktrynę cel.

Jeśli jednak w wieku „pary i elektryczności" przemysł ciężki


zatrudniający wielkie rzesze robotników był podstawą potęgi państw, a
robotnicy najliczniejszą klasą społeczną, to rzecz zaczęła się zmieniać
w połowie XX wieku, wraz z kresem „epoki stali i stalówek", z
nadchodzeniem czasów automatyki, komputerów, coraz szerszego
zastosowania wyników badań naukowych – tego wszystkiego, co
określane jest dziś jako „rewolucja naukowo-techniczna" albo
„społeczeństwo poprzemysłowe". W dzisiejszych wysoko rozwiniętych
państwach Zachodu – ongiś wielkiej enklawie proletariatu i jego
socjalistycznych partii – robotnicy stanowią kilkanaście procent ogółu
zatrudnionych, dominuje tam sektor usług, przetwarzania informacji;
jak to się dziś powiada w Stanach Zjednoczonych – białych
kołnierzyków. W państwach komunistycznych udział ten był o wiele
wyższy, ale też spadł wraz z postępem techniki. I jak tu teraz mówić o
uprawomocnieniu ustroju komunistycznego przez interesy robotnicze,
o misji dziejowej proletariatu, skoro jest klasą w zaniku, tak jak
chłopstwo, które z klasy niegdyś dominującej liczebnie przekształciło
się w grupkę farmerów, obejmującą na przykład w USA zaledwie 2%
zatrudnionych?

Idea, która swą mesjańską wizją uskrzydlała miliony plebejuszy, w


swej ustrojowej realizacji ciężko i bezwładnie wsparła się nie na ich
nadziejach, lecz na dwóch silnych ramionach, które aż do końca
zachowały sprawność: pierwsze to cenzura prewencyjna, drugie –
służba bezpieczeństwa.

Ale czyż mogłoby się stać inaczej z jakąkolwiek ideą pozwalającą –


niby u Platona w jego wspaniałym państwie – uszczęśliwiać innych
wbrew ich woli?

W 1896 roku polski socjalista Edward Abramowski w wydanych trzy


lata później Zagadnieniach socjalizmu pisał:Ażeby zaś państwo, jako
świadomy akuszer komunizmu, mogło utrzymać przymusowy ustrój
ekonomiczny pewnego typu, stosunki życiowe nieodpowiadające
jeszcze ludzkiej ideowości, a przez to interesom i potrzebom (a takim
był kolektywizm przy zetknięciu się z niezrewolucjonizowaną masą
ludzką, przesiąkniętą jeszcze duchem drobnomieszczaństwa i
konserwatyzmu chłopskiego), na to potrzeba przede wszystkim
olbrzymiego rozwoju moralnych i fizycznych atrybutów państwa,
rządu, który by we wszystko wglądał, pętając człowieka tysiącznymi
więzami swoich regulaminów; potrzeba zatem całego aparatu
biurokracji, militaryzmu i policji, władzy wykonawczej i prawodawczej
niezależnej od mas ludowych, gdyż inaczej niezgodne z ideowością
tych mas instytucje społeczne runęłyby przy lada nacisku z ich strony;
co więcej – ażeby państwo mogło utrzymać moralny autorytet swej
władzy, niezbędną podporę swego aparatu, muszą być wprowadzane
w życie publiczne te wszystkie sposoby, które rozwijają i utrzymują w
tłumach poddańczą moralność, poszanowanie praw i przepisów
policyjnych, uznanie biurokratycznej oficjalnej sprawiedliwości za
czynnik decydujący w stosunkach między ludźmi.

W tych kilku zdaniach opisana jest cała rzeczywistość wprowadzonego


po półwieczu realnego socjalizmu w Polsce, łącznie ze stanem
wojennym. Trudno o trafniejszą prognozę, pisaną jeszcze wtedy, kiedy
Lenin powiadał, że jego pokolenie nie dożyje rewolucji.

A w pisanej zimą 1903-1904 pracy Socjalizm a państwo Abramowski


przestrzegał jeszcze dramatyczniej i bardziej jednoznacznie, że: [...]
polityka socjalizmu współczesnego nie jest polityką wolności, lecz
wzmocnienia i rozszerzenia władzy państwowej; że zmierza ona nie do
wyzwolenia człowieka, lecz do upaństwowienia wszystkiego, co się
tylko da upaństwowić w jego życiu.

Jest to pierwsza tak przewidująco trafna krytyka najstraszniejszej i


zapewne nieuleczalnej choroby zwycięskiego komunizmu, co więcej,
pisana na długo przed zwycięstwem i z pozycji sympatyka tego
samego czerwonego sztandaru, któremu jednak – nieobca chyba
każdemu socjaliście – mesjańska tęsknota do utopii sprawiedliwości i
braterstwa nie mąciła krytycznego umysłu. Trudno się zresztą dziwić,
że najbardziej przewidującym krytykiem totalitarnego upiora
czającego się za czerwonym sztandarem był socjalista wyrosły z
Ducha Rzeczypospolitej.

Już po zwycięstwie leninowskiej rewolucji Karl Kautsky, jeden z


przywódców niemieckiej socjaldemokracji, zauważył
zwięźle:Bolszewizm w Rosji zwyciężył, ale sprawa socjalizmu poniosła
straszliwą klęskę. A w stalinowskich latach trzydziestych angielski
socjalista (a więc z ducha swej tradycji szanujący wolność i
demokrację) słynny George Orwell pisał:W imię socjalizmu reżim
rosyjski dopuścił się niemal wszystkich zbrodni, jakie można sobie
wyobrazić, a jednocześnie jego rozwój nie przybliża, a oddala go od
socjalizmu. [...] Związek Sowiecki nieustannie oddala się od starej idei
społeczeństwa ludzi wolnych i równych dążących do ogólnego
braterstwa.

Nie mogło być inaczej. Obojętnie, jak wielu i jak gorąco wierzących
wyznawców pociągnęłaby za sobą na swój gnostycki „bój ostatni", ta
nowa wiara w świeckie samozbawienie proletariatu musiała się
przekształcić w dyktaturę partyjnej biurokracji, skoro tylko pozwoliła
tej elicie uznać, iż posiada boską wiedzę o zamiarach historii, a przez
to wolno jej stanowić prawa i miażdżyć opornych. W nową klasę – jak
w tytule swej książki z 1965 roku nazwał biurokrację partyjną były
jugosłowiański dygnitarz komunistyczny Milovan Dżilas –
przekształciliby się nawet i szlachetni filozofowie z państwa Platona;
tak jak stała się nią niegdyś carska biurokracja, a współcześnie
islamscy ajatollahowie Chomeiniego w Iranie czy koszarowi koleżkowie
w dyktaturach wojskowych. Nie trzeba dodawać, że taka „nowa klasa"
ma swoje własne egoistyczne interesy, a że trzyma w ręku (w
komunizmie najmocniej!) wszystkie – ideologiczne, policyjne,
gospodarcze – środki ich utrwalania i obrony, jest potężną,
antyliberalną i konserwatywną siłą przeciwstawiającą się zmianom i
reformom, tłumiącą sprzeciw, zainteresowaną w zachowaniu swego
stanu wpływów i pozycji w państwie.

W Polsce komunizm – nazywający się jeszcze wtedy „rewolucyjnym


socjalizmem" – natrafił długo przed zwycięstwem rewolucji
bolszewickiej na podstawową barierę; szedł od zaborców, głównie z
Niemiec i z Rosji, a jego mesjańska, internacjonalistyczna doktryna
negująca potrzebę walki o niepodległość (proletariusz nie ma
ojczyzny) budziła uzasadnione podejrzenie, iż czerwony sztandar ma
kamuflować utrwalenie podziału kraju między trzech zaborców.
Przeciwny więc był – tak wytrwale i dramatycznie manifestowanym –
dążeniom niepodległościowym Polaków, właśnie u początków XX
stulecia nabierającym realnych kształtów. Dlatego, jeśli już wybierano
czerwony sztandar, to PPS-owski, wedle tej partii bowiem rewolucja
miała być przede wszystkim niepodległościowa. Tak więc ówczesna
Polska – mimo iż niewiele lepiej rozwinięta przemysłowo od Rosji, a
dużo gorzej od Niemiec – szła w swym socjalistycznym nurcie drogą
demokratyczną i reformistyczną.

Zwycięstwo rewolucji socjalistycznej właśnie w Rosji – czego, ze


względu na małą liczebność proletariatu, akurat najmniej się z tej
strony spodziewano – podwyższyło jeszcze tę barierę: odtąd
komunizm miał iść od najgorszego z zaborców, obciążony
skrzywieniami jego bizantyjsko-tatarskiej tradycji. Wojna 1920 roku i
marsz na zachód ożywionych świętą komunistyczną wiarą kolumn
Tuchaczewskiego sprawiły, że wszystkie – sięgające wieku XVIII i
smutnej pamięci czasów Katarzyny II – stare kompleksy antyrosyjskie
zlały się w całość z nowymi, antykomunistycznymi, tym bardziej że
nagle objawiony – „rząd" w Białymstoku aż nadto oczywiście kojarzył
się z Targowicą. To przecież polski robotnik i chłop pod
kierownictwem[3> socjalistycznych i ludowych przywódców<3] pobił
pod Warszawą armię pierwszego na świecie państwa mieniącego się
„robotniczo-chłopskim", przedłożył wolność we własnym kraju nad
współuczestnictwo w ziszczonej utopii „ojczyzny światowego
proletariatu". Sowiecki system stalinowski – coraz bardziej totalitarny,
podporządkowujący sobie wszystkie dziedziny życia niekontrolowanej
władzy partyjnego aparatu – wydawał się obywatelom
Rzeczypospolitej coraz bardziej odrażający.

Przez cały czas międzywojennej niepodległości istniała i działała


jednak Komunistyczna Partia Polski, nieprzekraczająca nigdy [4>liczby
parunastu tysięcy członków<4]. Na pewno na jej korzyść przemawiała
niemożność spełnienia przez tę odrodzoną Rzeczpospolitą (jeśli mogły
one być do spełnienia w całości?) nadziei broniącego jej w 1920 roku
robotnika i chłopa. A już na pewno sprzyjały jej coraz bardziej
autorytarne, coraz mniej liczące się z polską tradycją demokratyczną
rządy sanacji. Sporo było wśród jej członków tej świętej
komunistycznej wiary, bardziej religijnej niż racjonalnej. Nigdy jednak
nie wyszła poza polityczny margines i paroprocentowy udział w
wyborczym elektoracie; nie mogło być inaczej w kraju antyrosyjskim,
leczącym jeszcze rany wyniesione z niedawnej wojny z
komunistycznym państwem. Trudno powiedzieć, czy przyczyną
katastrofy tej partii i osobistej tragedii bardzo wielu jej najbardziej
ideowych członków była krnąbrność w stosunku do moskiewskiej
centrali, dziedzictwo obecnego nawet w polskim komunizmie Ducha
Rzeczypospolitej, czy może Stalin już się szykował do wspólnego z
Hitlerem rozbioru Polski i zorganizowani polscy komuniści po prostu
byli mu niewygodni? Dość, że w 1938 roku Międzynarodówka
Komunistyczna działająca w Moskwie pod przewodnictwem
bułgarskiego komunisty Georgi Dymitrowa rozwiązała swą „polską
sekcję" (partie w poszczególnych krajach były tylko „sekcjami"), jako
przeżartą przez wrogą agenturę.

Stefan Staszewski – ideowy przedwojenny komunista, skazany właśnie


za swą „wywrotową działalność" na kilka lat więzienia – został akurat
wtedy wymieniony za przetrzymywanego w ZSRR obywatela polskiego
i za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża pojechał
przez Gdańsk do swego wymarzonego czerwonego raju. Tam
wpakowano go wkrótce za kraty ponurej sławy moskiewskiej Łubianki,
torturowano, obiecano karę śmierci. Komunistyczna Partia Polski miała
bowiem – o czym delikwent jeszcze nie wiedział – zostać rozwiązana, a
stalinowska sprawiedliwość powinna szybko dostarczyć dowodów
potwierdzających oskarżenie o „agenturę". Ostatecznie skazano go na
pobyt w jednym z najstraszniejszych łagrów na Kołymie, skąd nie
udało mu się wydostać do armii generała Andersa ani nawet generała
Berlinga. Wrócił dopiero w 1946 roku i – choć już wiedział o tym
systemie wszystko od najgorszej strony – zaczął go współtworzyć
ponownie, pełniąc w Polsce odpowiedzialne funkcje partyjne.
Wprawdzie – jako sprzyjający odnowie I sekretarz Komitetu
Warszawskiego PZPR – zasłużył się w przygotowaniu polskiego
Października, ale w jaki sposób jego komunistyczna wiara pozwalała
mu uzasadniać ponowne uczestnictwo w budowie w Polsce tego
samego stalinizmu, który tak dotkliwie zaszedł mu za skórę w ZSRR –
tego nigdy nie powiedział w swych licznych wywiadach prasowych
udzielanych już po porzuceniu komunizmu. Dusza wierzącego
komunisty polskiego czeka jeszcze na swojego Szekspira, a może
raczej Dostojewskiego.

Podobny los jak Stefana Staszewskiego spotkał większość działaczy


KPP, którzy znaleźli się w kraju swej przyszłości uśmiechniętej. Mieli
jednak mniej szczęścia niż Staszewski, ich ciała zostały tam na
zawsze.

Doświadczenie 1938 roku leży wciąż u samych podstaw „komunizmu


po polsku". Z czołówki działaczy KPP przetrwali głównie ci, którzy
pozostali w kraju, siedzieli cicho, aż w końcu okazali się Stalinowi
potrzebni; w sumie drugorzędny garnitur, „pierwszorzędni" szukali
schronienia w kraju swoich marzeń. Dlatego nawet w NRD ocalało
więcej przedwojennych komunistów, bo Hitler wsadzał ich do obozów,
ale na ogół nie uśmiercał.

Agresja z 17 września 1939 roku, potem kolejno Katyń, odebranie ziem


wschodnich, rozprawa z AK i podziemiem niepodległościowym,
narzucenie siłą ustroju i rządu, fatalnie pogłębiły antyrosyjskie, a więc
i antykomunistyczne uprzedzenia Polaków. A do tego jeszcze jakże
wielu z tej – napływającej do Polski wraz z wojskiem komunistycznej
kadry – miało semickie pochodzenie. Tylko jedna jedyna Polska – wśród
oddanych w Jałcie w sowieckie władanie państw środkowoeuropejskich
– była obarczona takimi uczuleniami, tylko ją tak wysokie bariery
oddzielały od Rosji i komunizmu. A mimo to wprowadzono w niej
komunizm z całą biurokratyczną bezwzględnością.

Kto więc zapełniał po wojnie szeregi partii komunistycznej noszącej


miano Polskiej Partii Robotniczej w kraju najmniej nadającym się do
komunizmu? Nieliczni, drugo- i trzeciorzędni działacze komunistyczni,
którzy przetrwali wojnę w Polsce, jak nieodgrywający większej roli w
przedwojennym ruchu komunistycznym przywódcy powojenni
[5>Edward Ochab i Władysław Gomułka<5]. Trochę jeszcze
pomniejszych figur z dawnej KPP, które przez szczęśliwy traf lub
przeoczenie wymknęły się sowieckiej bezpiece. Sporo polskich Żydów,
zwłaszcza z terenów wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, jeszcze na
długo przed wojną ciążących ku komunizmowi. Grupa sympatyków
komunizmu lub socjalistów powracających do kraju z polskich formacji
zbrojnych na Zachodzie, lecz już od początku naznaczonych piętnem
„niewłaściwej przeszłości", a przez to kwalifikujących się od razu do
losu ofiar kolejnych czystek i sfingowanych procesów. Przede
wszystkim jednak do partii zaczęła wstępować po wojnie spora rzesza
polskich plebejuszy, bynajmniej nie komunistów, słabo wykształconych
i niewyrobionych ideowo, lecz o wyraźnych sympatiach
prosocjalistycznych, przekonanych, że skoro nowy ustrój usuwa
kapitalistów, oddaje ziemię chłopom, otwiera szeroko drogi do
wykształcenia i awansu, to – mimo iż „ruski", narzucony i
niechrześcijański – okaże się „nasz", na pewno lepszy od
przedwojennej sanacji. Nad tym wszystkim jednak musiała od
początku dominować masa zwyczajnych karierowiczów i „ludzi
władzy", jacy garną się w każdym ustroju do każdej partii rządzącej, a
cóż dopiero w komunizmie, w którym partia ma mieć to prawo
nienaruszalne i dane na wieczność. Mało było tu inteligencji po części
dlatego, że wyniszczyła ją wojna, lecz głównie ze względu na
wszystkie uprzedzenia antyrosyjskie i antytotalitarne, o jakich była
mowa. Jeśli już ktoś z bardziej świadomych niekomunistów decydował
się na udział w bloku rządzącym, to raczej wybierał PPS (później
poddaną niszczącym czystkom i wcieloną do partii komunistycznej),
choć partia ta niekorzystnie różniła się od PPS przedwojennej. Ta
absencja inteligencji miała w polskiej partii szczególnie nasilony
charakter, z wyraźną niekorzyścią zarówno dla ideowego oblicza PPR,
a potem PZPR, jak i dla jej zdolności do rządzenia krajem.

Słabość i chwiejność rządzącej partii, uzależnienie się jej od aparatu


represji, spowodowało też szczególnie głęboki w Polsce podział –
używając określenia Orwella z jego słynnej powieści Rok 1984 – na
partię zewnętrzną, czyli tę amorficzną rzeszę trzymającą w kieszeni
legitymacje trochę dla kariery, trochę z prosocjalistycznych sympatii, i
na partię wewnętrzną – elitarny, sprawdzony aparat zawodowych
funkcjonariuszy – jądro „nowej klasy". Podział polityczny w Polsce w
większym stopniu przebiegał od początku poprzez partię niż między
partią a społeczeństwem.

W ten sposób w latach bezpośrednio powojennych nie udało się


rządzącej grupie ani zbudowanie silnej partii komunistycznej, ani też
wykorzystanie – dokonującego się w wyniku klęski rządzących do 1939
roku polityków, wydarzeń wojennych i zwycięstwa ZSRR – wielkiego
przesunięcia nastrojów społecznych w lewo, któremu uległa cała
ówczesna Europa.

Nastąpiło to dopiero w 1956 roku, i to poniekąd wbrew intencjom


rządzącej grupy. Osłabienie systemu władzy w ZSRR po śmierci
Stalina, kulturalna i ideologiczna „odwilż", której najbardziej
widocznym wykwitem był obalający stalinizm XX zjazd KPZR, musiały
zaowocować w społeczeństwach gniewnym pomrukiem przeciw partii,
a w samych partiach falą sprzeciwu wobec postalinowskich reliktów;
zwłaszcza w partii tak mało komunistycznej jak PZPR. Dzięki
odpowiedzialności społeczeństwa, w porę dokonanym ustępstwom,
osobistej zręczności wyniesionego przez październikowe poruszenie do
władzy Władysława Gomułki, udało się uniknąć tragedii węgierskiej,
tam bowiem społeczny sprzeciw doprowadził do antykomunistycznej
rewolucji krwawo stłumionej przez sowieckie dywizje. Ustępstwa ekipy
Gomułki – niewielkie przecież: zwolnienie z internowania prymasa
Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego i chwilowe zawieszenie polityki
antykościelnej, zaprzestanie przymusowej kolektywizacji wsi,
liberalizacja cenzury i polityki kulturalnej, zgoda na istnienie sektora
drobnych właścicieli w gospodarce, chwilowe uznanie niezależnych
samorządów robotniczych i obietnica reformy gospodarczej, uzyskanie
drobnych koncesji od ZSRR w kwestiach ekonomicznych i wojskowych,
a przede wszystkim publiczna obietnica prowadzenia polityki bardziej
demokratycznej, zgodnej z aspiracjami społecznymi i świadomością
narodową – zjednały mu w ciągu kilku dni ogromną większość
społeczeństwa. Był to jedyny w historii PRL okres, kiedy polska ulica
spontanicznie śpiewała Sto lat sekretarzowi komunistycznej partii,
uznała go za narodowego przywódcę, a gdyby miał on dość odwagi,
by przeprowadzić wolne wybory, zapewne odniósłby w nich
zwycięstwo.

Okres października i popaździernikowej „odwilży" w latach 1956-1958


był chwilą szczytowej popularności socjalizmu i samej partii
komunistycznej, choć uzyskaną przez odrzucenie komunistycznego
totalitaryzmu, przez wybór drogi, którą tak przewidująco i wbrew
Leninowi wskazywał kiedyś Abramowski. Na tej drodze Polska mogła
się pogodzić nawet z nałożonymi jej w Jałcie ograniczeniami.

Intelektualnego ducha tych czasów wyrażał kierunek myślenia


określony potem jako „rewizjonizm". Nie odrzucał on komunizmu, lecz
jedynie interpretował na nowo, wracając do Marksa i Lenina na
podobieństwo protestanckich usiłowań powrotu do ideologii i życia
pierwszych chrześcijan. Nie odrzucał przyznanego przez marksizm
„klasie robotniczej" i jej partyjnej „elicie" prawa do wyłączności
rządzenia i do decydowania za innych, ale pragnął wyzwolić szeroko
rozumianą partię – a więc tę „zewnętrzną" – i sam proletariat od
dyktatury „partii wewnętrznej", zawodowego aparatu politycznego,
„nowej klasy" biurokracji już nawet nie partyjno-rządowej, lecz
partyjno-rządowo-bezpieczniackiej. Formuła demokracji proponowana
przez rewizjonistów była więc formułą ograniczoną tylko do partii
komunistycznej i tylko o naprawę tej partii zabiegała. Już sama w swej
istocie była kaleka, bo odmawiała pełnych praw politycznych
niekomunistom, a przynajmniej osobom nie akceptującym socjalizmu,
czyniąc z nich obywateli drugiej kategorii. Na pewno jednak była
bliższa demokracji niż ukształtowana w czasach stalinowskich i
funkcjonująca do upadku komunizmu formuła „dyktatury aparatu". Nie
trzeba dodawać, że w warunkach polskich, przy amorficzności partii,
jej częściowych tylko związkach z komunizmem, formuła
rewizjonistyczna była wyjątkowo pojemna, a jej zastosowanie
musiałoby dość szybko doprowadzić do ewolucji partii w kierunku
socjaldemokracji, społeczeństwo zaś w stronę faktycznego pluralizmu.

Władysław Gomułka nie był oczywiście duchowym synem


Abramowskiego. Z przedwojennej Komunistycznej Partii Polski – w
której nie należał do pierwszego garnituru przywódców – wyniósł na
pewno niezłomną wiarę w marksistowskie perspektywy zarówno
świata, jak swego kraju, ale jednocześnie wyniósł stamtąd brak
zaufania do demokracji, pluralizmu, a nade wszystko do swego
antykomunistycznie nastawionego narodu. Jako ten z przywódców
pierwszych lat powojennych, który „miał rację", za co został potem
odtrącony i uwięziony, dysponował po Październiku przez pewien czas
osobistym autorytetem i cieszył się zaufaniem Polaków, o którym nie
mógł marzyć żaden z szefów partii ani przed nim, ani po nim, dlatego
tak łatwo uciszył rewizjonistycznych oponentów. Ale im dalej od
Października, tym mocniej ujawniały się jego negatywne cechy, jego
fatalne „starokomunistyczne" dziedzictwo, tym wyraziściej rysował się
jego osobisty dramat, będący jednocześnie dramatem
zaprzepaszczonych szans Polski. W coraz zacieklejszej walce z
„rewizjonizmem" – który przecież wyniósł go do władzy – następowała
erozja tego jedynego autentycznego (nim nadeszły wielkie dni Lecha
Wałęsy) przywództwa w powojennej Polsce.

Kiedy w marcu 1968 roku – bez mała w dwanaście lat po Październiku


– eksplodowało gromadzące się od lat niezadowolenie, był już tak
samo jak inni przywódcy komunistyczni niechętnie i ze
zniecierpliwieniem przyjmowaną figurą; odartą z październikowej
charyzmy i tamtego depozytu zaufania. Na fali marcowego protestu –
który jednak objął tylko studentów i intelektualistów – wypłynęły
spostponowane nadzieje i postulaty rewizjonistyczne. Z jakąż powagą i
przejęciem mówiono wtedy o socjalizmie, tym bardziej że sprzyjała
temu „praska wiosna" w Czechosłowacji, gdzie do władzy doszła
partyjna ekipa rewizjonistów i pragmatyków. Skandowano wtedy w
Warszawie, Gdańsku, Krakowie:Cała Polska czeka na swego
Dubczeka!

Rok 1968 był chyba ostatecznym kresem rewizjonizmu zarówno, jako


ideologii z rzeszami wyznawców, jak i jako siły politycznej mającej
nadzieję – przez powrót do marksowskich korzeni – nadać
komunizmowi ludzką i pociągającą twarz. W Polsce naruszyły go
czystki dokonane w partii i w świecie nauki, ostatecznie powalił go
upadek rozbudzonych w Październiku nadziei, przypieczętowany
marcową rozprawą z opozycją i rozpętaniem – z braku lepszych
argumentów antyrewizjonistycznych – antysemickiej hecy. W
Czechosłowacji zmiażdżyły go gąsienice inwazyjnych czołgów.

Październik 1956 roku zapoczątkował cykl powtarzających się


kryzysów politycznych nękających uporczywie polski model
komunizmu. Następny z nich to marzec 1968, potem grudzień 1970,
czerwiec 1976, wreszcie wielkie starcie społeczne lat 1980-1981 i dwie
fale strajków w 1988 roku, prowadzące już bezpośrednio do rozmów
Okrągłego Stołu i pokojowej abdykacji komunizmu w Polsce.

Gomułka – jako demokratyczna i antystalinowska alternatywa w


obrębie socjalizmu – wypłynął na fali masowego poparcia. Odszedł
jako kat robotników Wybrzeża. Jego obciąża wina za odrzucenie
projektu reformy gospodarczej, likwidację powstałych spontanicznie w
1956 roku samorządów robotniczych, powrót w stare koleiny
biurokratycznej centralizacji, zaprzepaszczenie szans, jakie dawał
Polsce wyjątkowo szybki w latach sześćdziesiątych rozwój gospodarczy
zachodniego świata. Kiedy stoczniowcy Gdańska, Gdyni i Szczecina
wyszli na ulice protestując przeciw kolejnej podwyżce cen, kłamstwom
propagandy i nieefektywności zbiurokratyzowanej gospodarki, kazał
do nich strzelać.

Edward Gierek, jego następca, wyniesiony na partyjny szczyt właśnie


w tych grudniowych dniach 1970 roku, nie otrzymał już nawet części
takiego poparcia jak Władysław Gomułka. Nikt nie śpiewał Sto lat,
aprzesławny okrzyk Pomożemy!, rzucony na Wybrzeżu w styczniu
1971 roku w odpowiedzi na prośby i obietnice nowej władzy, padł
nieskwapliwie, bez entuzjazmu – ludzie pamiętali. Gierek wiele
obiecywał; otwarcie kraju ku Zachodowi, zaciągane tam pożyczki i
nowe inwestycje przyniosły zrazu ekonomiczną pomyślność, wydawało
się, że nareszcie będą zrealizowane stracone przez Gomułkę szanse
włączenia się w międzynarodowy podział pracy i nowoczesną
produkcję. Mechanizm gospodarczy i polityczny pozostał jednak
niezmieniony, „reforma" była nadal słowem wyklętym, stara
biurokracja doskonale prosperowała pod nowymi szyldami,
gospodarka była tak samo nieefektywna, pożyczone pieniądze musiały
się skończyć wcześniej lub później. Gierek odszedł w niesławie, jako
grabarz polskiej gospodarki. Jego następca, Stanisław Kania, mógł już
tylko obiecywać porozumienie z „Solidarnością". Ale i tego nie
dotrzymał. Odszedł przezornie, nim jego z kolei następca, generał
Wojciech Jaruzelski, wprowadził stan wojenny i unieważnił zdobycze
kolejnej „odnowy".

Po każdym kryzysie, po każdej „odnowie", która kończy się


nieuchronnie nadciągającą „odmową", po obarczeniu poprzedniego
kierownictwa partyjnego winą za „błędy i wypaczenia", z partii
odpływali zniechęceni i rozczarowani, a z nimi ci, którzy na fali
społecznego poruszenia usiłowali ograniczyć uświęconą wszechwładzę
biurokracji oraz zbliżyć politykę „nowej klasy" do oczekiwań
społeczeństwa. Tak odeszła lub została usunięta w latach
sześćdziesiątych czołówka „rewizjonistów", którą symbolizują takie
nazwiska jak Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, profesorowie Leszek
Kołakowski czy Włodzimierz Brus albo Lechosław Goździk (były I
sekretarz komitetu partyjnego w fabryce samochodów na Żeraniu,
przywódca październikowych wieców w 1956 roku, jeden z tych, którzy
wynieśli Gomułkę do władzy). Po marcu 1968 roku oddawali
legitymacje ci, którzy nie mogli znieść antysemickiej nagonki, rugów
na uczelniach, a potem agresji na Czechosłowację. Po grudniu 1970
roku odchodzili niemogący się pogodzić ze strzelaniem do
proletariuszy w imię szczęścia proletariatu, po stłumionych
demonstracjach w Radomiu i Ursusie w 1976 roku spora grupa
partyjnych dotąd Polaków miała dość gierkowskiego zakłamania.
Wreszcie posypały się czerwone legitymacje w czasach „Solidarności",
a jeszcze gęściej po wprowadzeniu stanu wojennego. Od 1980 do
1984 roku opuścił szeregi PZPR prawie co trzeci jej członek, ponad
trzymilionowa przed powstaniem „Solidarności" partia zmalała o
milion. Odpływali najlepsi, najbardziej wrażliwi, ideowi, niepokorni,
daleko i szeroko myślący, mało już było wśród nich – tak jak i w całej
partii – komunistów, raczej socjaliści albo po prostu lewicowi
pragmatycy, daremnie usiłujący uczynić coś pożytecznego dla dobra
kraju. Zostawali tacy, którym było wszystko jedno, którzy dla kariery
lub świętego spokoju gotowi byli poprzeć każde działanie władzy, a
oprócz nich rzednąca z kryzysu na kryzys grupka usiłująca zagłuszyć
wołanie sumienia pragmatycznym stwierdzeniem, że „jeszcze nie
wszystko stracone”, że „następnym razem...". Ale zwykle ich
legitymacje leciały przy tej właśnie następnej i znów straconej okazji.

Tak z kryzysu na kryzys pogarszała się jakość moralna i intelektualna


zarówno samej partii, jak i jej kierownictwa. Rzesza najbardziej
wartościowych ludzi, najświetniejszych nazwisk, odeszła bez wątpienia
na fali likwidacji rewizjonizmu i pięknych nadziei Października, potem
były to już tylko jej echa, tak jak nieraz jeszcze partyjni odnowiciele
usiłowali przy kolejnych kryzysach używać rewizjonistycznego języka,
choć nie podzielali już tamtej ideowej wiary i chodziło im tylko o to, by
było „trochę lepiej".

To pogarszanie było widać zarówno w coraz wyraźniej rysującym się z


kryzysu na kryzys braku alternatywy na partyjnym szczycie dla
skompromitowanej ekipy, jak i w malejącym z kryzysu na kryzys
zaufaniu do objawiających się na tym szczycie „wybawicieli", w
stopniowym odwracaniu się społeczeństwa od tak entuzjastycznie
podzielanego w Październiku przekonania, że „lepsi" komuniści
posadzeni w fotelach Biura Politycznego nareszcie zaprowadzą w
Polsce praworządność, demokrację i dobrobyt.

Powstała w 1980 roku „Solidarność" – wiedziona spontanicznym


odruchem tylekroć oszukanych Polaków – po prostu odwróciła się od
partii plecami, przestały ją – w odróżnieniu od wszystkich poprzednich
ruchów odnowy – interesować zmiany na partyjnym szczycie, nie
zamierzała popierać „lepszych" przeciw „gorszym", „liberałów"
przeciw „twardogłowcom", zostawiła partyjnych „oddolnych
odnowicieli" w zupełnym osamotnieniu. Polskie społeczeństwo uczy się
powoli, ale skutecznie.

Po raz ostatni polska ulica zaśpiewała spontanicznie Międzynarodówkę


w 1976 roku, a była to protestująca ulica radomska. Potem był już
tylko hymn narodowy i Boże, coś Polskę. Kiedy do strajkującej Stoczni
Gdańskiej w sierpniu 1980 roku telewizja przekazała obraz obrad
plenum KC PZPR, które przyniosło częściowe zmiany na szczycie, nie
wzbudziło to już sensacji, a zebrani przedstawiciele strajkujących
zakładów wstali i zagłuszyli śpiewany na zakończenie przez partyjną
„górę" hymn rewolucyjnego proletariatu hymnem narodowym Polski.
Historia polskiej pieśni więcej nam mówi o przemianach nastrojów i
świadomości niż opasłe tomy socjologicznych rozpraw.

Pod koniec sierpnia 1980 roku, gdy uwierzyłem już w siłę


strajkujących, opuściłem Stocznię Gdańską i wróciłem do Krakowa, nie
po to jednak, by wesprzeć rozpoczynających już swój strajk robotników
Nowej Huty, lecz by doprowadzić do uchwalenia przez moją
macierzystą organizację [6>partyjną<6] rezolucji popierającej
gdańskie postulaty, domagającej się reform w partii i państwie,
zwołania nadzwyczajnego zjazdu PZPR. Byłem bowiem przekonany, że
bez zmian w partii Sierpień zostanie zaprzepaszczony, a siłowe starcie
okaże się nieuchronne. I faktycznie, Podstawowa Organizacja Partyjna
przy ówczesnym Związku Literatów Polskich w Krakowie uchwaliła
taką rezolucję z datą 29 sierpnia.

Czyż nie miałem racji? Czyż nie mieli racji ci wszyscy – kierowani
politycznym rozsądkiem, dobrze pojętym patriotyzmem, a pewnie i
uznaniem dla jakiejś formy niekomunistycznego, demokratycznego
socjalizmu – Polacy, moi ówcześni partyjni towarzysze, którzy tak
uparcie i bezskutecznie zabiegali o poparcie potężnej wówczas
„Solidarności" dla partyjnej odnowy? I czy okrutny bieg wydarzeń nie
potwierdził wszystkich naszych obaw?

Oczywiście!

Nie zrozumieliśmy tylko nieuchronnej odmiany czasu, nabytego przez


społeczeństwo gorzkiego doświadczenia, a przemawiając językiem
martwego już rewizjonizmu, odwoływaliśmy się do koncepcji, która
była zbawienna w 1956 roku, pewnie byłaby jeszcze użyteczna w
latach 1970-1971, ale dziesięć lat później napotkała tylko głuche
milczenie tylekroć wyprowadzanych w pole Polaków, bo i
zaprezentować im mogła najwyżej lichotę „liberalnej alternatywy",
przetrzebionej przez wszystkie poprzednie kryzysy, wszystkie
poprzednie bezpowrotne upływy sensu, nadziei i najlepszych ludzi.

Fenomen polskiej ulicy śpiewającej spontanicznie Sto lat przywódcy


komunistycznej partii nie powtórzył się już nigdy.

W stanie wojennym i później kierownictwo partii – tej samej, ale nie


takiej samej, jak powiadał w swych przemówieniach generał Jaruzelski
– pod hasłem „socjalistycznej odnowy", potwierdzając formalnie chęć
realizacji Porozumień Sierpniowych, głosząc, że nie ma powrotu ani do
tego, co było przed Sierpniem ani do tego, co przed Grudniem,
odbudowało całą tylekroć skompromitowaną – a naruszoną w okresie
„Solidarności" – strukturę polityczną „realnego socjalizmu" z cichym,
lecz niekwestionowanym prymatem partyjnej biurokracji, wszechmocą
Służby Bezpieczeństwa, cenzurą prewencyjną, nomenklaturą,
tolerowaniem na oficjalnej scenie tylko podporządkowanych
organizacji. Partia – po bezprzykładnym odpływie rzesz członkowskich
– okazała się jeszcze słabsza, jeszcze bardziej zdominowana przez
bezwolny element karierowiczowski; już dawno przestała być
komunistyczna, bo trudno, by po tych wszystkich niepocieszających
doświadczeniach w czyimkolwiek sercu uchowała się choć iskra
tamtego mesjańskiego ognia. Była nawet niezbyt socjalistyczna, jako
partia „ludzi władzy" motywujących swą do niej przynależność już nie
tą – martwą od dawna – fasadą ideologii, lecz pragmatycznymi
argumentami „racji stanu", „położenia geopolitycznego", większej
sensowności robienia rzeczy pożytecznych niż trwania w opozycji; już
nie mówiono o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, bo ta została
negatywnie zweryfikowana przez stan gospodarki i społeczeństwa,
lecz bez żenady przyznano, że skoro Polska jest krajem zależnym, bez
realnych widoków na bliską niepodległość, to nie jest niczym
nagannym udział w podporządkowanej obcym interesom
administracji, jak nie był on naganny w XIX wieku, pod warunkiem
robienia w niej czegoś pożytecznego dla kraju i rodaków. Coraz
częściej bohaterem politycznym tej „nowej klasy" lat osiemdziesiątych
bywał nie Marks, Lenin albo Władysław Gomułka, ale Józef Piłsudski
(bo wziął Polaków za mordę), bądź Roman Dmowski (bo był uczciwym
narodowcem). Argument „mniejszego zła" zastąpił racje ideologiczne,
a elitarny autorytaryzm – formalnie wciąż deklarowaną przynależność
do lewicy.

Po okresie „Solidarności", kiedy zdecydowanie podniosła się


poprzeczka społecznych oczekiwań i nadziei, wprowadzane reformy
były odbierane jako całkowicie niewystarczające. Zapewne byłyby one
zbawcze dla ekipy Gierka – gdzieś może jeszcze w 1976 roku lub
wcześniej – tak jak z kolei gierkowskie zmiany pewnie ocaliłyby ekipę
Władysława Gomułki i byłyby dobrze przyjęte przez społeczeństwo w
drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Warto zauważyć, że po
każdorazowym kryzysie politycznym w partii dochodzili do władzy
„liberałowie" z poprzedniego okresu i zaczynali stosować recepty w
sam raz dobre na ówczesne schorzenia, mające szansę pozytywnego
przyjęcia przez ówczesną świadomość, lecz całkowicie
niewystarczające dziś. To bezustanne – ciągnące się przez wszystkie
polskie kryzysy – zapóźnienie było dramatem zarówno tych, którzy,
aktualnie stojąc na szczycie, usiłowali coś zmienić, jak i całego
społeczeństwa. Nie istnieje niestety w historii przykład udanych
reform przeprowadzonych wyłącznie odgórnie, przy niemożliwości
legalnego zorganizowania się i wypowiedzenia swego zdania przez siły
proreformatorskie.

I tak też się stało: śmiertelnie osłabiona, niezdolna do działania Polska


Zjednoczona Partia Robotnicza rozsypała się w wyniku paru słabych
strajków w 1988 roku, a przede wszystkim na skutek poczucia własnej
bezsilności i braku wsparcia ze strony równie osłabionych sowieckich
bagnetów.

Dwudziestego pierwszego czerwca 1945 roku w Moskwie


przedstawiciele podległego komunistom Rządu Tymczasowego oraz
zaproszeni reprezentanci ugrupowań niezależnych z kraju i zagranicy
zawarli porozumienie, na mocy którego powstał – uznany natychmiast
przez wielkie mocarstwa – Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Listę
zaproszonych ustalili ministrowie spraw zagranicznych USA, Wielkiej
Brytanii i ZSRR pod dyktando Wiaczesława Mołotowa, wsławionego
złożeniem obok hitlerowskiego ministra Ribbentropa podpisu na
sowiecko-niemieckim układzie sankcjonującym rozbiór Polski w 1939
roku. Tworząc tę listę, zignorowano oczywiście legalny rząd
Rzeczypospolitej urzędujący w Londynie, nie miała ona nic wspólnego
z faktyczną reprezentatywnością zaproszonych polityków, za to wiele
wspólnego z interesami sowieckimi w Polsce. Na czele reprezentacji
komunistycznej stali Bolesław Bierut i Władysław Gomułka. Jedynym
reprezentatywnym politykiem emigracyjnym był Stanisław
Mikołajczyk, były premier rządu londyńskiego, przywódca partii
chłopskiej – Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jak na ironię – a może
właśnie celowo – tegoż 21 czerwca ogłoszono wyrok w haniebnym
procesie moskiewskim. Sowiecki sąd wojskowy pod kierownictwem
wsławionego okrutnymi wyrokami w procesach stalinowskich generała
Wasilija Ulricha – gwałcąc zarówno prawo międzynarodowe, jak i
elementarne normy moralne – skazał zwabionych podstępem na
„rozmowy" przywódców Armii Krajowej i polskiego podziemia
niepodległościowego, w tym członków wciąż uznawanego przez
mocarstwa zachodnie rządu emigracyjnego. Sygnatariusze
porozumienia moskiewskiego, tak jak Stany Zjednoczone, Wielka
Brytania i cały świat, gładko przełknęli rzucone im przez Stalina
wyzwanie. Protestował tylko polski rząd londyński pod kierownictwem
socjalisty Tomasza Arciszewskiego, Mikołajczyk został na emigracji
okrzyknięty zdrajcą. Miał jednak ludowy polityk podstawy do nadziei i
nie był pozbawiony mocnych atutów, choć przyjmował wyjątkowo
niegodny dyktat: odcinał się od emigracji, uznawał prymat
komunistów w Polsce, zgadzał się z utratą Wilna i Lwowa, a co gorsza,
z haniebnym wyrokiem na przywódców antyhitlerowskiego podziemia.
Ale też coś zyskiwał i trzeźwy rachunek polityczny podpowiadał mu, że
warto przyjąć twarde warunki „porozumienia moskiewskiego":
deklaracja jałtańska gwarantowała wolne wybory w Polsce, a ich
wyniku i społecznego poparcia dla swej partii Mikołajczyk był pewny.
Wchodząc do rządu nawet na takich warunkach i uzyskując możliwość
legalnego działania opozycji w Polsce, uczestnicząc w wyborczej
rozgrywce, otwierał realną szansę na Polskę pluralistyczną, w której
komuniści będą tylko jedną z sił politycznych. W kraju został przyjęty
entuzjastycznie, PSL stało się najsilniejszą partią polityczną. Cóż,
[7>akcja sił bezpieczeństwa<7], cenzura prewencyjna, a na koniec
sfałszowanie wyborów doprowadziły do upadku jego partii i niesławnej
ucieczki przywódcy. Mocarstwa zachodnie – na których oczach łamano
ustalone w Jałcie zasady – milczały.

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej


podpisano porozumienie między reprezentującym rząd PRL
wicepremierem Mieczysławem Jagielskim a Międzyzakładowym
Komitetem Strajkowym, reprezentującym pod przewodnictwem Lecha
Wałęsy ogół strajkujących ludzi pracy Wybrzeża. Porozumienie było
wynegocjowanym w długotrwałych pertraktacjach kompromisem
uwzględniającym – choć nie w takim zakresie jak tego początkowo
żądali – całość postulatów strajkujących pracowników, a nade
wszystko zapewniającym możliwość legalnego działania niezależnym i
samorządnym związkom zawodowym, które osiemnaście dni później
połączyły się w jeden organizm pod nazwą „Solidarność". Ceną za to
było uznanie konstytucji PRL i wpisanej do niej „wiodącej" roli partii
komunistycznej. Wiadomo było, że komunistyczne rządy nie mają
zwyczaju dotrzymywania porozumień ze słabszym partnerem, Wałęsie
już wtedy nieraz zarzucano niemoc i nadmierną ugodowość w
kontaktach z władzą. Założyciele nowych związków liczyli jednak na
masowe poparcie, które zapewni im siłę nie mniejszą niż ta, jaką
dawała strajkowa jedność. Nie przeliczyli się, „Solidarność" szybko
doszła do 10 min członków, podporządkowane komunistom związki
zawodowe rozleciały się jak domek z kart. Kiedy jednak 13 grudnia
1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wyprowadził na ulice wojsko i
milicję, spośród 10 min aktywnie przeciwstawiły się agresji tylko
nieliczne grupy. Porozumienie gdańskie zostało złamane, podobnie jak
przed trzydziestu sześciu laty porozumienie moskiewskie.

Od porozumienia moskiewskiego do porozumienia gdańskiego – oto


najkrótsza synteza powojennych dziejów ustroju komunistycznego w
Polsce.

Komunizm – tak jak każda despocja – dotrzymywał porozumień tylko z


silnymi. Ale podpisując porozumienie gdańskie, był już bardzo słaby i
zepsuty; zbyt słaby, by je złamać skutecznie i definitywnie. Generał
Wojciech Jaruzelski i premier, a jednocześnie ostatni przywódca PZPR,
Mieczysław F. Rakowski zdołali jeszcze dopisać ostatnią chwalebną
kartę do swych nieciekawych życiorysów komunistycznych
aparatczyków: gdyby nie zgodzili się na rozmowy Okrągłego Stołu i
gdyby nie zaakceptowali ich rezultatów, to półtrup komunizmu – nie
tylko w Polsce, ale i na świecie – gniłby jeszcze z dziesięć lat, aż na
koniec, spływając krwią, zapadłby się pod własnym ciężarem,
miażdżąc przy okazji rzesze przypadkowych ofiar wplątanych w ten
straszny i tak długo odwlekany upadek.

Czemu przypisać tak łagodny i pokojowy koniec najstraszniejszego


totalitaryzmu w dziejach świata? Czy doprowadził do tego Michaił
Gorbaczow ze swoją sławetną pierestrojką – obojętnie, czy wypływała
ona ze szlachetnych intencji rozwalenia komunizmu od środka, czy
była tylko nieudolną zabawą megalomańskich dyletantów? Czy zmusił
Sowiety do kapitulacji prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald
Reagan i jego ekipa „mocnych ludzi" forsująca zbrojenia, o jakich
słabnąca gospodarka sowiecka nie mogła nawet marzyć? A pomógł im
jeszcze nasz Pułkownik Wallenrod – Ryszard Kukliński – przekazując w
amerykańskie ręce najtajniejsze sowieckie plany wojenne. A może
rozłożyła komunizm wojna na dwóch frontach, na których zwycięstwo
było niemożliwe: w Afganistanie, gdzie partyzanci dostali
amerykańskie rakiety, i w Polsce, gdzie podziemnej „Solidarności" cały
świat słał pieniądze i powielacze, a duchowo wspomagał ją polski
Papież? A może to po prostu spisek tajnych służb, które już od dawna
wiedziały, że scentralizowana gospodarka jest do niczego, że trzeba
znaleźć jakiś wiarygodny sposób zmiany ustroju, odesłania do lamusa
komunistycznych dogmatów i miękkiego lądowania dla
komunistycznych aparatczyków?

Pewnie wszystko to po trochu, a co w jakiej proporcji – na to odpowie


historia, zapewne dopiero wtedy, gdy ani autora, ani czytelników tej
książki dawno nie będzie na świecie. Hitleryzm rozpętał wojnę
światową, odszedł więc krwawo i szybko. Komunizm był chytry: unikał
wojny z silnymi, brał za gardło tylko słabych. Przywódcy – przynajmniej
po Breżniewie – na pewno widzieli zbliżający się koniec. Jego
nieubłaganym zwiastunem była niewydolność gospodarcza. Tajne
służby widziały to jeszcze wcześniej. Tak odbywają się rewolucje ery
atomowej. Można sobie wyobrazić – i napisano na ten temat parę
książek typu political fiction – hitleryzm zwycięski i Hitlera, jako
starego, zniedołężniałego wodza, niezdolnego do uzmysłowienia sobie
zagrożeń wynikających z niewydolnej gospodarki, korupcji partyjnych
urzędników i frustracji poddanych gigantycznego imperium. Młodsi
myślą tylko o tym, jak odsunąć lub zneutralizować starucha, aby
rozpocząć swoją pierestrojkę, mającą tchnąć nowe siły w skamieliny
dawnej potęgi, a przynajmniej zapewnić jakiś ratunek rządzącej
grupie.

Pewnego dnia dzisiejsi przywódcy zejdą ze sceny. Sowiecka potęga


przeminie jak Niniwa i Tyr – napisał swego czasu w Bożym igrzysku
Norman Davies. I tak się stało, szybciej niż ktokolwiek przypuszczał:
komunizm jest dziś tylko obiektem badań historyków, tak jak
wykopaliska prehistorycznych gadów. Na pewno znaczną – a jutrzejsi
historycy ocenią jaką – część zasługi za tak szybkie i spokojne
uśmiercenie potwora mamy my, Polacy. Naród, który żył powstaniami i
rewolucją wykazał – i to po obu stronach politycznej barykady – rozum,
umiar i zimną krew. Jest to zrozumiałe tylko dla umysłu, który wie, że
polskie powstania i rewolucje nie wynikały jedynie z gorącej głowy i
niespokojnego serca, że były też aktem rozumu narodu, który,
wtłoczony w obce mu struktury gwałcące Ducha Rzeczypospolitej, nie
miał innego wyjścia niż walka, bo tylko przez nią ten duch nie umierał.
A my przecież to wiemy i dobrze widzimy ten wątek w polskich
dziejach.

Komunizm byłby wspaniałą ideą, gdyby nie było ludzi. W


szczególności w Polsce byłby nadzwyczajnym wynalazkiem, gdyby nie
było Polaków – napisał kiedyś Leszek Kołakowski. Tylko w Polsce naród
co kilka, kilkanaście lat zrywał się do protestu przeciw narzuconej
dyktaturze: nie żądał niemożliwego, nie wołał o niepodległość, choć
zawsze o niej myślał. Rozum i trzeźwy rachunek temperowały uczucia:
żądaliśmy tylko trochę lepszej władzy, troszeczkę więcej swobód w
tym samym baraku tego samego obozu, którego nie można było
jeszcze rozwalić. I to właśnie udawało się wywalczyć, choć nieraz za
cenę krwi rozlanej na polskich ulicach: z kryzysu na kryzys komunizm
był coraz słabszy, coraz bardziej liberalny, coraz mocniej i
nieodwołalnie zepsuty. Aż w końcu wypłynęły z niego resztki sił,
wypadły mu zęby i zdechł. Nikt nie stanął w jego obronie, nawet ci,
którzy nazywali się oficjalnie „komunistami". Bo w Polsce już od dawna
komunistów nie było, tak jak nie było prawdziwego czerwonego
totalitaryzmu: może jeszcze za Stalina i Bieruta, ale już potem były
tylko różne lipne atrapy na coraz bardziej glinianych nogach. Dlatego
komunizm musiał upaść najpierw w Polsce, aby ludzie w innych
barakach „przodującego obozu" zobaczyli, że czerwony król jest nagi i
bezzębny, więc można zrobić z nim porządek – każdy po swojemu i jak
potrafi. Także, dlatego Polska jest jedynym krajem dawnego „bloku", w
którym nie ma partii nazywającej się „komunistyczną" albo
przynajmniej odwołującej się do Marksa i propagującej rozpoczęcie od
nowa tego najbardziej absurdalnego i kosztownego eksperymentu w
dziejach świata. Tak odbywają się rewolucje ery atomowej.

Jeśli komunizm jest martwy, to na pewno najbardziej jest to widoczne


właśnie w Polsce. Ale choć go tak szczęśliwie powaliliśmy, to przecież
zabrał – nam, żyjącym tutaj w tych niezbyt udanych latach – tak wielki
kawał życia. W czasach, kiedy inne, bardziej szczęśliwe narody i lepiej
przez los potraktowani ludzie żyli sobie normalnie, zmarnowano nasz
czas przez zakłamany ustrój, fikcyjną gospodarkę, pozorne wartości i
fałszywych proroków. Zmarnowany jest nawet czas tych, którzy
wytrwale z komunizmem walczyli i nigdy nie ulegli jego pokusom. I to
wielkie, zbiorowe zmarnowanie jest zapewne ostatnią zbrodnią
komunizmu, którą popełnił na nas wszystkich – tu żyjących – w
czasach, kiedy nie miał już sił na to, aby mordować lub zsyłać do
łagrów. Dlatego komunizm jest wciąż żywy, dopóki żyjemy my – jego
ofiary – które okradł z tego, co dla człowieka najcenniejsze i tylko raz
mu dane: z czasu.

Komunizm umarł, ale żyją jego pozostałości. Najlepszym przykładem


jest Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP), powstała na
tym samym zjeździe, na którym rozwiązywano PZPR i dlatego jej skrót
literowy bywa interpretowany jako Stowarzyszenie dla Ratowania
Posad. Nader skuteczne, skoro w demokratycznych wyborach zdobywa
władzę, a z nią najwyższe stanowiska w państwie. Jest takie, jakie
mogły być pozostałości po przeoranej kolejnymi kryzysami, osłabionej
na wszystkich historycznych zakrętach partii formalnie
komunistycznej: nie ma w nim komunistów, socjalistów też niewiele,
przeważają pragmatyczni, bezideowi „ludzie władzy" i trochę sierot
nieutulonych w bólu po upadku miłej ich sercu oraz kieszeni Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej. Tylko przez taką partię – obecnie pod nazwą
SLD – osoby zajmujące wysokie stanowiska w aparacie władzy dawnej
PRL mogą sięgać po pozycje na szczycie niepodległej
Rzeczypospolitej. Czyż to nie oburzające? Ci, którzy pod koniec PRL, w
Polsce, jak się to powiada „jaruzelskiej", służyli obcemu
namiestnictwu, uprawiali fikcyjną gospodarkę i czcili fałszywych
proroków nie mają przecież moralnego prawa kandydować do władz
wolnej Polski, [8>powstałej przeciw nim i wbrew ich oporowi!<8]

Dekomunizacja, jako nieuchronna konsekwencja komunizmu? Może


była na nią szansa z chwilą objęcia przez Lecha Wałęsę prezydentury
odrodzonej Rzeczypospolitej? Może zaraz po pierwszych wolnych
wyborach do parlamentu... Może należało ten moment przyśpieszyć,
korzystając z samorozwiązania się PZPR z początkiem 1990 roku, bo
zniknęła z politycznej sceny strona umowy zawartej tak niedawno przy
Okrągłym Stole, a więc sama umowa przestała obowiązywać... Może...
Może tak drastyczne i radykalne działanie, oparte na ustawie przyjętej
przez nowy Sejm albo zawarte w szybko uchwalonej przezeń
konstytucji, byłoby oczyszczające, pokazałoby Polakom, że coś się
bezpowrotnie skończyło, że PRL – choć w tym państwie rodziły się,
pracowały i jakoś dorabiały całe pokolenia Polaków – była tworem
obrzydliwym, obcym, że okradziono ich z najlepszych, twórczych lat.
Ale tak się nie stało, niestety... PRL i jej dziedzictwo zostały
uprawomocnione przez milczenie na ten temat, a potem przez wyniki
[9>wyborów w latach 1993 i 1995<9], w wyniku których najpierw
objęła władzę partia – choć demokratyczna – to wywodząca się
bezpośrednio z dawnej PZPR, a potem prezydentem został działacz
tejże partii. Dziś jedyną możliwą dekomunizacją jest ta nieuchronna –
biologiczna. Choć komunizm jest martwy, to żyć będzie pośród nas tak
długo jak jego ostatni świadkowie. I niech pretensję o to mają do
siebie te partie i partyjki mieniące się „solidarnościowymi" i
„niepodległościowymi", które wolały czczą sejmową gadaninę oraz
potępieńcze swary między sobą od skutecznego działania. A zresztą,
sprawując władzę, też nie zaprezentowali nic wiele lepszego od
konkurencyjnej SLD. Czyn i rozwaga Polaków nie po raz pierwszy
zostały zaprzepaszczone przez marnych polityków, jakich spomiędzy
siebie wyłonili.

A może inaczej... Mówi się wiele o cenie za rewolucję, którą jest krew.
Taką cenę nie raz płaciliśmy w nadmiarze, dość wspomnieć Powstanie
Warszawskie. Może dlatego staraliśmy się prowadzić naszą rewolucję
tak, jak pozwalają na to realia ery atomowej: jako ewolucję. Dlatego
nie zapłaciliśmy ceny krwi, obalane monumenty nie miażdżyły
rewolucyjnego tłumu, potwór zdechł cichutko, w smrodzie i w
niesławie. Nikt nie wieszał tych, którzy do końca oddawali mu cześć.
Ale jest też cena za ewolucję, choć o ile mniej się o niej mówi. Za
skuteczną ewolucję płaci się nikogo nie satysfakcjonującym
kompromisem. Bo czymże on jest? Spotkaniem w połowie drogi.
Sprzedaniem części żądań za zrealizowanie innego ich fragmentu. Ale
nie całości. Całość triumfuje tylko w dniu zdobycia Bastylii, spłukana
krwią i pobłogosławiona świstem salw plutonów egzekucyjnych.
Dlatego ta wygrana rewolucja ery atomowej jest tak mało
satysfakcjonująca, choć tak bardzo skuteczna. Dlatego ceną za
ewolucję jest niezadowolenie, pogarda dla odzyskanej demokracji,
absencja w dniu wyborów, gadanina o spisku tajnych służb, a nade
wszystko konieczność współżycia z pokonanym wrogiem, który zwykle
wychodzi na swym upadku o wiele lepiej niż szlachetny rewolucjonista
na swym zwycięstwie. Tak bowiem smakują rewolucje naszych czasów.

Komunizm jest martwy nawet wśród byłych komunistów, choć żyją


jego pozostałości i bynajmniej nie zamierzają być skamielinami. Ale
czy jest martwy naprawdę? Historia nie zakończyła się w 1989 roku,
wraz z triumfem społeczeństw liberalnych. Historia zaczęła się w 1989
roku od nowa, wraz ze wszystkimi nierozstrzygniętymi sprawami i
krwawymi bitwami, jakie w ich imię toczono. Tak samo jak kapitalizm
XIX-wieczny, tak XX-wieczny i XXI-wieczny wytwarza, oprócz nęcących
dóbr, gigantyczną pustkę moralną, w której wśród bezrobocia,
nierówności, obojętności na cierpienie innych ludzi, brzmi, stare jak
historia, wezwanie do powszechnej równości i bezwarunkowego
braterstwa. Tak samo jak niegdyś płonie w ludzkich sercach złudna
nadzieja na świat sprawiedliwy i solidarny. Całe zło tego świata to –
powtórzmy za Bierdiajewem – niespełniony chrześcijański obowiązek.
Czy otumaniający umysły czad doktryn oferujących totalitarną receptę
na wszystko, o którym pisał Kołakowski, czy siła moralnego gestu, o
której pisał Ortega y Gasset, czy po prostu niepokój umysłu, na który
skarżył się Bogu św. Augustyn, wszystko to sprawia, że przyszli
fałszywi prorocy przyszłych pozornych wartości i fikcyjnych doktryn już
wyrastają wśród nas. Może już spotykamy ich na ulicach, może
dopiero bawią się w jakiejś piaskownicy, a może dopiero przyjdą w
kolejnym pokoleniu. Ci kolejni „filozofowie" z kolejnego państwa
Platona nie będą prostą powtórką Hitlera, Lenina i Dzierżyńskiego;
może wyda im się, że kolejna recepta na zbawienie świata wbrew jego
woli znajduje się po stronie religii, a może zaoferują swym
współczesnym wybawienie od wolności i ułaskawienie z dylematów
wyboru przez jakąś utopię techniczną? Ale przyjdą na pewno. Historia
bowiem się nie kończy, a nasze dusze są niespokojne, Panie...
[1] Przypis do wydania z 2001 r.
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:23 a.m.
(published)
Sokrates odszedł później od bezkrytycznego poparcia ateńskiej demokracji przeobrażającej się w 
tyranię większości, która to większość skazała go w końcu na śmierć za wyznawane poglądy.

[2] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:27 a.m.
(published)
Można powiedzieć więcej: socjalizm zwyciężył tam, gdzie silne partie socjaldemokratyczne i 
spowodowane przez nie reformy – w kompromisie z innymi siłami politycznymi – doprowadziły do 
zachodniego „społeczeństwa dobrobytu”. Przegrał tam, gdzie komunizm doszedł do władzy.

[3] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:31 a.m.
(published)
Pisałem o tym w rozdz. 5.

[4] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:30 a.m.
(published)
Formalnie nielegalna od wojny polsko­bolszewickiej; działała jednak, uczestniczyła w wyborach 
poprzez filialne organizacje, odbywała swoje zjazdy.

[5] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:36 a.m.
(published)
Byli wśród nich też płatni agenci sowieckiej bezpieki jak Bolesław Biernacki (prawdopodobnie 
zwerbowany jeszcze przed 1930 rokiem) działający później pod nazwiskiem Bierut. Przywódca PPR, 
potem PZPR, prezydent, premier.

[6] Przypis do wydania z 2001 r
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:38 a.m.
(published)
Zostałem usunięty z PZPR wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego.

[7] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:41 a.m.
(published)
Nie tylko aresztowania, ale liczne skrytobójstwa działaczy PSL przed wyborami.
[8] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:44 a.m.
(published)
Po ostatnim okresie sprawowania władzy przez SLD w latach 2001­05 nastąpiło przesunięcie nastrojów 
społecznych w prawo i w 2010 roku badania opinii publicznej dają tej partii mniej niż 10 proc, poparcia.

[9] Od Autora
by jerzysurdykowski on the February 17, 2010 at 10:46 a.m.
(published)
Również z lat 2000 (wybór A. Kwaśniewskiego na drugą kadencję prezydencką) i 2001 (ponowne 
zwycięstwo SLD w wyborach parlamentarnych).